*Czekam na mamę już trzecia godzinę.. ojciec nie żyje i nic z tym nie mogę zrobić. Nie pójdę na pogrzeb. Nie będę się z nim po raz kolejny żegnała.*
-Liliana? Przepraszam kochanie, były korki i sama rozumiesz..- powiedziała matka udając minę zmartwionej osoby.Nawet nie pytając co się stało z jej byłym mężem.
-Daruj sobie, okej? Wiem, że byłaś z mężem, bo jest godzina 3 nad ranem, kto normalny jeździ o tej porze. Bez korków jechałabyś 2 godziny, nie było cię ponad 3. Mamo, czegoś mnie nauczyli w tej pieprzonej szkole.
-Liliano! Nie takim tonem do własnej matki.
Tymi słowami zakończyła wszelkie rozmowy dzisiejszego dnia pomiędzy nami. Jechałam do jej wielkiej posiadłości.Jej i jej męża numer 4? Może 5? Nie ważne. Ważne, że znajdowała się całkowicie na drugim końcu miasta zwanego Londynem, a tak na prawdę na samym jego skraju.Weszłyśmy do samochodu i ostatnie co pamiętam tamtego dnia, jest radiem w aucie.
***
-O cholera! - zajęczałam z bólu. Coś mi się wydaje, że za mocne prochy mi dali w tym szpitalu.
No nic, trzeba będzie przeżyć. Miałam chwilę, żeby się rozejrzeć. Obszerny pokój (najprawdopodobniej już na stałe mój). Pomalowany na ciemny krem, jedna ściana zaś była ciemno brązowa. Sufit biały, a na jego środku wielki żyrandol. Jednym słowem "WOW". Wielkie łóżko, na przeciwko niego toaletka z wielkim lustrem. Z boku drzwi za pewne do garderoby, tylko, że nie mam tylu ciuchów. Na pokój raczej nie będę mogła się skarżyć. Powoli wstałam, wzięłam prysznic i się ubrałam, było jeszcze dosyć ciepło więc wybrałam spodenki i luźną bluzkę. Wzięłam telefon i zeszłam skonfrontować się z moją nową rodziną. Była już 13, i zdziwiłam się, że ktokolwiek jest w domu.
-Dzień dobry księżniczko.- powiedziała z uśmiechem mama.
-Cześć.- odpowiedziałam sucho, biorąc tosta ze stołu.
-Paul pojechał na chwilę do firmy, czasem musi pracować w niedzielę, zwłaszcza przed urlopem.
-Jedziecie gdzieś?
-Właśnie chciałam z tobą o tym porozmawiać. Mamy wykupione dwa miejsca na Hawaje, ale jeśli chcesz zostaniemy. Wiem, że ciężko przeżyłaś śmierć ojca i zrozumiem.
-Nie martw się. Dam radę mam już 17 lat. Idę do drugiej klasy College'ium. Więc dam radę.
-To dobrze wyjeżdżamy za dwa dni, dam ci pieniądze na co tylko zechcesz, w sumie to już Paul założył ci konto w banku i masz kartę. Mam nadzieję, ze pokój ci odpowiada, jeśli nie to zrobisz sobie remont. Pieniądze będą ci wpływały co miesiąc, więc o to się nie martw. Wyjeżdżamy na miesiąc. Szkołę już masz załatwioną, będziesz chodziła do 4-tego College'um w mieście. Jest niedaleko, ale jeśli chcesz możesz jeździć porsche, leży w garażu nieużywane, więc jeśli masz prawo jazdy to..
-Tak mam.
-No dobra, mam nadzieję, że wszystko już wiesz, ja jadę do salonu i na zakupy. A i masz rzeczy przywiezione z waszego mieszkania. Są też w garażu. Już lecę skarbie bo się spóźnię.
-Jasne, pa.- zrobiłam wymuszony uśmiech.
No nic, czas na poranne biegi. Tak się odstresowuję, wiem. Trochę dziwne, no więc telefon słuchawki i na pole.
Biegłam w stronę miasta. Zauważyłam, że jest to dość bogata i duża dzielnica. Nie pasuję tu. Dobiegłam do sklepu i usłyszałam jakieś gwizdy za sobą.
*Spokój Liliana. Uspokój się .. nie chcesz awantury.*
Odwróciłam się i weszła do sklepu, nie obeszło się oczywiście od tandetnych tekstów, na które starałam się nie reagować. Kupiłam butelkę wody i wyszłam pijąc ją. Całkiem zapomniałam o obecności tych chłopaków. Nawet na nich nie spojrzałam, tylko szłam przed siebie, gdy poczułam, że ktoś mnie szarpnął za rękę i odwrócił w swoją stroną. Teraz stałam z jednym z nich twarzą w twarz. Był to brunet, grzywkę miał ułożoną do góry a boki włosów podcięte. Widać było, że z ich paczką się nie zadziera. Cholera, na kogo ja wpadłam. Brunet miał wytatuowane częściowo ręce. Biała koszulka i jeansy. Pod koszulką można jednak było zauważyć, ze jest umięśniony, co mi się spodobało.
*Cholera, myślę przecież o moim napastniku nie zwykłym kolesiu!*
- Cześć piękna.- powiedział do mnie głębokim głosem, wciąż zbliżając się do mnie.-Może masz ochotę wpaść do mnie, porozmawiamy, albo zrobimy coś innego... nie widziałem cię tu wcześniej. Jesteś nowa?
-Może.
-O jaka niedostępna-krótko się zaśmiał- Jestem Zayn. Lubię takie.- wraz z tymi słowami ścisnął lekko mój pośladek i szyderczo się zaśmiał.
-Zayn... wiesz, chyba jesteś trochę zbyt napalony, nie sądzisz? Nie jest ci gorąco? Pomogę ci!- wlałam na niego zawartość mojej butelki, po czym rzuciłam się w stronę skąd przybiegłam. Oczywiście biegł za mną, jakbym nie miała dość wrażeń na dziś. Ulica była pusta. Strasznie mało tu przechodniów jak na dzielnicę z taką ilością domów.
Już był tuż za mną, skręciłam i weszłam na swoje podwórko, po czym wparowałam do domu.Mulat chwilę stał, uśmiechnął się i powoli odszedł.
-Cholera!- powiedziałam sama do siebie wciąż zdyszana.
*********************************************************************************
Mam nadzieję, że wam się podoba.... i mam nadzieję, że będą jakies komentarze, ponieważ mimo tego, że wiem, iż ktoś to czytał (wyświetlenia) to komentarze jednak mocno motywują, do dalszego pisania ^-^


Strasznie mi się podoba, ale coś z mojego męża jest brutal xD Idę czytać dalej :*
OdpowiedzUsuńCudowny rozdział :3 , coś czuję że całą noc spędzę czytając twojego bloga :D
OdpowiedzUsuń